|
z Andrzejem Elakiem rozmawia Mateusz Leleń
Barw Nadnarwianki zaczął bronić przeszło dwie dekady temu. Od kilku lat jest kapitanem zespołu oraz jednym z jego niekwestionowanych liderów. Andrzej Elak, bo o nim mowa, specjalnie dla nas opowiada m.in. o największych talentach jakie za jego czasów przewinęły się przez Pułtusk, propozycji transferu do innego zespołu oraz o tym od kiedy nosi swój boiskowy pseudonim.

Czy pamięta Pan jeszcze dzień, w którym po raz pierwszy poszedł na trening Nadnarwianki? To było już naprawdę dawno temu, także nie kojarzę dokładnie tamtego dnia. Wiem tylko, że miałem wówczas bodaj dwanaście lat i wraz z kolegą zapisałem się na trening trampkarzy Nadnarwianki. Mówimy jednak o dość odległych czasach. Zdecydowanie lepiej pamiętam grę w zespole juniorów prowadzonym przez Wiesława Kaliszuka. To była naprawdę mocna drużyna. Wygraliśmy Mistrzostwo dawnego okręgu Ciechanowskiego. Szkoda, że do dziś w piłkę, spośród wszystkich chłopaków, gram tylko ja. Mariusz Malarz co prawda też pozostał blisko klubu, lecz realizuje się już jako trener.
Czy w Pana sportowych zainteresowaniach zawsze dominował futbol czy może pojawiały się próby trenowania czegoś innego? Zawsze interesowała mnie tylko piłka. Kiedyś w Pułtusku nie było zbyt wielu perspektyw by trenować coś innego. Każdy zaczynał kopiąc piłkę na osiedlowym podwórku. Ja chodząc jeszcze do szkoły podstawowej - a była to stara czwórka - stykałem się właściwie z brakiem jakiejkolwiek bazy sportowej. Mała salka cztery na pięć metrów nie nadawała się by ćwiczyć w niej sporty drużynowe. Dzisiejsza młodzież ma o wiele więcej miejsc do sportowego rozwoju. Inna sprawa, że nie przekłada się to do końca na liczbę trenujących.
W Nadnarwiance gra Pan od 22 lat. Przez ten okres stał się Pan wzorem dla wielu początkujących piłkarzy. A kto był dla Pana przykładem? Nie było konkretnego zawodnika, na którym bym się szczególnie wzorował. Na pewno jednak bardziej obserwowałem graczy o większym doświadczeniu, o wyższej pozycji w zespole. Dziś staram się dawać godny przykład młodym piłkarzom. Chcę, by wykonywali swoje obowiązki należycie. Jedni robią to lepiej, przykładają się bardziej. Inni gorzej, choć niekiedy mają niemały talent…
No właśnie, a gdy spytam o najbardziej utalentowanego piłkarza, który za Pana czasów przewinął się przez Pułtusk, to będzie nim…? Naprawdę było co najmniej kilku takich piłkarzy. Paweł Białowicz pozostaje takim naszym niewykorzystanym talentem. Kiedyś w napadzie błyszczał Zbyszek Kalinowski, który zginął topiąc się w kanałku… Papiery na dobrych zawodników miało sporo graczy, ale niektórzy z nich dość szybko zaprzestali trenować. Wybrali inną drogę. Natomiast patrząc na bardziej współczesną Nadnarwiankę, sądzę, że taki Emil Rembiejewski, ze swoimi bardzo dobrymi warunkami, jest w stanie osiągnąć wiele. Ważne tylko by w Zniczu był należycie prowadzony i przykładał się do treningów.
Największą karierę spośród Pana kolegów zrobił jednak Arkadiusz Malarz. Pamiętam Arka, gdy zaczął przychodzić na treningi juniorów. Był młodszy, patrzyliśmy na niego jak na "szczawika". Najpierw grał w polu. Dopiero z czasem przeniósł się na bramkę. W sumie jego talent na dobre wystrzelił dopiero, gdy opuścił Pułtusk, zaczął trenować pod okiem innych szkoleniowców. Bardzo szanuję Arka za to jak daleko doszedł.
Które z momentów w dotychczasowej karierze wspomina Pan z największym sentymentem? Takich chwil mogłoby być na pewno dużo. Na pierwszy plan wysuwają się jednak historyczne awanse. Najpierw do czwartej, potem do trzeciej ligi. Szczególnie wejście do tej drugiej było dużym sukcesem sportowym zarówno dla nas, jak i dla całego Pułtuska. Gdy zaczynałem grać w piłkę, w trampkarzach czy seniorach, jeździliśmy niemal wyłącznie po jakichś małych miejscowościach, graliśmy na nędznych boiskach. Trzecia liga, na szczeblu centralnym, zdecydowanie dawała namiastkę czegoś więcej. Atrakcyjni rywale, fajne stadiony, piłkarze reprezentacji Polski, którzy w niższej lidze kończą karierę…
Jednym z ciekawszych momentów Pana piłkarskiej biografii była też rywalizacja ze Żbikiem Nasielsk i powstrzymanie lidera rywali – Rowlanda Eresaby, będącego wówczas w życiowej formie, testowanego nawet przez warszawską Legię. Derby Pułtuska z Nasielskiem zawsze były ważnymi meczami. Duża liczba kibiców na trybunach, a wśród piłkarzy walka na całym boisku. Rzeczywiście był wówczas w Żbiku taki napastnik, który strzelał bardzo dużo bramek. Mnie chyba udało się go wyłączyć, bo z nami gola nie zdobył.
Muszę też spytać o pomysłodawcę Pana boiskowego pseudonimu. Od kiedy koledzy wołają na Pana ,,Jager"? Jeszcze jako zespół juniorów zorganizowano nam czterodniowy wyjazd do Danii na jakiś turniej piłkarski. Możliwość gry załatwił nam były prezes Jacek Szyłkowski. Na miejscu okazało się, że czeka nas do rozegrania… raptem jeden mecz. Większość czasu spędziliśmy więc w bardzo przyjemnym ośrodku. Wtedy właśnie Paweł Kalinowski lub Grzesiek Skowroński nazwali mnie ,,Jagerem". Absolutnie nie wiem dlaczego. Podobny do Micka Jaggera w końcu raczej nie jestem (śmiech). Wiadomo jednak jak to jest w młodym wieku. Komuś coś się przewidzi i powstaje nowe pseudo. Ta ksywka jednak do mnie przylgnęła i rzeczywiście koledzy nazywają mnie tak do dziś.
Czy pojawiła się kiedyś możliwość by opuścił Pan Pułtusk i poszedł grać do innego klubu? Tak, po ukończeniu technikum z propozycją do mnie przyszedł trener Stefan Liszewski, ówcześnie pracujący z Wigrami Suwałkami. Pojechałem z tym zespołem na obóz. Trwał on dwa tygodnie, zdążyłem się już nawet wkomponować w nową drużynę. Ostatecznie jednak kluby nie doszły do porozumienia. Zostałem w Pułtusku. Skończyłem studia, poznałem żonę, założyłem rodzinę. Na pewno nie żałuję, że nie dołączyłem na stałe do zespołu Wigier.
A jak długo zamierza Pan jeszcze grać w piłkę? Czy po zakończeniu kariery zwiąże się Pan jakoś z klubem? Właściwie to miałem już nawet kilka razy w głowie myśli by po sezonie zakończyć karierę. Na razie gram dalej, ale ciężko mi powiedzieć jak długo. W moim wieku organizm potrzebuje coraz dłuższej regeneracji po meczach. Może więc pogram jeszcze jeden sezon. Na pewno za to nie widzę się w roli trenera. Nie mam do tego fachu predyspozycji.
Jest Pan strażakiem. Czy futbol bardzo koliduje z Pana pracą? Pewnych komplikacji nie da się uniknąć. Pracuję w systemie 24h/48h. Gdy jestem na służbie nie mogę uczestniczyć w treningach. W tygodniu opuszczam dwa zajęcia. Na szczęście dzięki Komendantowi Powiatowemu Pułtuskiej Straży Pożarnej oraz Naczelnikowi mojego wydziału operacyjnego mogę tak dostosować grafik, aby mieć wolne podczas meczów.
Na koniec pytanie o najbliższe rozgrywki. Jaki będzie cel Pana zespołu w nadchodzącym sezonie? Interesuje nas wyłącznie gra o awans. Nie będzie to jednak łatwe zadanie. Jest z pięć zespołów, które mierzą bardzo wysoko. Na mecze z nami, jak na starcie ze spadkowiczem przystało, spinać będą się wszyscy. Na razie jednak drużyna, przez zmiany kadrowe, będzie musiała się zgrywać przez pewien czas. |